Tego dnia, 12 grudnia, w 1915 roku urodził się Jeremi Przybora. Wielu zna jego publiczną działalność w Kabarecie Starszych Panów, my przypominamy jego mało znane związki z warszawską Sadybą.
Jeremi Przybora to obywatel Miasta Ogrodu Sadyba, pamiętany do dziś przez mieszkańców tego historycznego osiedla, upamiętniony przez nich m.in. powstałym w 2009 roku Skwerem Starszych Panów.
Sielska oaza, czyli o Mery, Marcie, łoskocie ciuchci i kilometrach na jeziorku
W tym przedwojennym, zielonym zakątku Warszawy mieszkał kilka lat ze swoją pierwszą żoną Marią Burską, zwaną przez siebie „Mery”, w czasie II wojny światowej. Poznał ją przed wojną w Polskim Radiu, zapowiadając występ szalenie popularnego wówczas tria „Sióstr Burskich”. Jak głosi legenda, jeszcze tego samego dnia powiedział o Mery: „To będzie moja żona” i… wkrótce dotrzymał słowa. Pobrali się 15 września 1939. Natychmiast po ślubie – z braku pieniędzy - przenieśli się z kosztownego pokoju wynajmowanego przez Przyborę przy alei 3 Maja do domku z ogrodem na Sadybie. Nowe lokum pozostawiła Jeremiemu Przyborze jego macocha z mężem. Tu właśnie w 1943 roku przyszła na świat córka Jeremiego, Marta (ich wspólny spacer uliczkami Sadyby uwieczniono na fotografii wyżej).
Jeremi Przybora bardzo mile wspominał pobyt na starej Sadybie, nazywając ją „sielską oazą z jej ogrodami, łąkami i jeziorem” albo „zieloną fatamorganą warszawskiej pustyni”.
W swoich memuarach tak oto opisuje tamte czasy:
Wyprowadzka na Sadybę
Natychmiast po ślubie młoda para stanęła wobec problemu: gdzie mieszkać? Nadal u pani doktorowej – w moim sublokatorskim pokoju przy moście Poniatowskiego – czy w domku na Sadybie, pozostawionym mi przez macochę i Witolda. Mery wprawdzie marzyła o własnym gospodarstwie, ale odległość Sadyby od Śródmieścia w perspektywie okupacji, z nadzieją jedynie na żmudny dojazd (gdy znów ruszą tramwaje), mocno mnie odstraszała. O naszym wyborze (i to w sposób rozstrzygający) zdecydował brak pieniędzy na opłacanie kosztownego pokoju przy alei 3 Maja. Wyprawa piechotą na Sadybę podniosła nas na duchu, a moją żonę napełniła wielkim optymizmem.
Domek, w którym oczywiście zastaliśmy skutki pobytu wojska (przez ulicę Okrężną biegła linia frontu) w postaci brudu i niesamowitego bałaganu, nie poniósł – jednak prawie żadnych strat w swoim wyposażeniu: meble, obrazy, dywany, pościel, książki – nietknięte, żadnych śladów szabru (termin jeszcze wtedy nieznany). Szyby oczywiście wybite, a raczej „wyleciane” od wybuchów, ale na przykład wielkie lustro zajmujące niemal całą ścianę małego hallu nie było nawet draśnięte. W piwnicy nie zastaliśmy już, niestety, wina „Lieb Frau Milch”, które Witold, mąż macochy, sprowadził tuż przed wojną. Puste butelki po tym trunku walały się po całym domu.
Zamiast wina zastaliśmy natomiast rodzinę gorzelników: murarza (jak mularza, jak mówił lud warszawski), wdowca z dwojgiem dzieci i jego „morganatyczną” małżonkę, niejaką Piśkiewicz. Ta para okazała się więc dla willi w miarę opatrznościowa, bo ocaliła ją od dużego szabru, a w miarę zaskoczona naszym pojawieniem się, zbyt wczesnym, by zdążyli się dobrze rozeznać w zasobach i wyposażeniu willi. Trzeba było zakasać rękawy i ostro zabrać się do roboty. W tej sytuacji jeden mularz i jego Piśkiewicz zaoferował nam pomoc.
Wzruszeni życzliwością pogorzelców „wynieśliśmy” ich z piwnicy na parter, na którym to poziomie zajęli całkiem wygodny i widny po mrokach podziemia pokój. Była to właściwie dawna kuchnia, gdy moja macocha postanowiła urządzić kuchnię w piwnicy, a na niej miejscu pokój. Wybuch wojny pokrzyżował ten plan, jak i inne projektowane jeszcze przeróbki wewnątrz domu i wykończenie wystroju zewnętrznego, ale już z tym, co zostało wówczas dokonane, można tam było mieszkać estetycznie i wygodnie.
Na parterze były dwa pomieszczenia – jadalnia i living-room (pierwszy w moim życiu, bo poprzednie były „salonami”), wychodzące na taras i ogród, a na pierwszym piętrze sypialnia i gabinecik do pracy oraz drugi taras – solarium – osłonięty z trzech stron od widoku z zewnątrz.
Okrężna z ciuchcią
Ulica Okrężna, jak sama nazwa wskazuje, okrążająca niby pierścień centrum Sadyby, od wschodu nie była zabudowana w tym miejscu i z naszych okien widać było łąki aż po wał wiślany. Z tej strony biegł pod naszymi oknami po łuku ulicy tor kolejki-ciuchci wilanowskiej, czy jakiejś, już nie parowej, choć jeszcze nie elektrycznej. Nie pamiętam częstotliwości jej przejazdów, ale zupełnie nie dawała się nam we znaki. Uszy tak szybko się oswoili z tym, wręcz sympatycznym, łoskotem kół, że się go nie słyszało.
Jeziorko Czerniakowskie
Największy jednak atut mieszkania na Sadybie mieliśmy poznać dopiero wiosną następnego roku. Było nim odległe od naszego domu o kilka minut spaceru Jezioro Czerniakowskie. W ciepły dzień można było w kąpielówkach i kąpielowym płaszczu pokonać ten dystans, by oddać się rozkoszom pływania w jeziorze, zarówno w jego części „publicznej”, jak i prywatnej, po drugiej stronie mostu przerzuconego przez ten „akwen”. Prywatna należała do majątku Czerniaków.
Zapuszczałem się tam rzadko, naruszając respektowaną jeszcze „za Niemca” strefę prywatności, ale nigdy nie spotkało mnie upomnienie. Nie widać też było nikogo, kto by mógł upominać. Część jeziora przeznaczona do użytku publicznego była zresztą wystarczająco obszerna i pusta w dni powszednie. Jedynie w niedzielę jezioro zamieniało się w warszawską riwierę, bo nie tylko atrakcyjne, ładnie położone i wyposażone w trawiastą plażę, lecz nie zdarzały się tam przez całą okupację łapanki, tak częste na plażach wiślanych. Nie wiem, jaką cyfrę przepłyniętych kilometrów ujawniłby mój „licznik” pływacki, ale chyba... astronomiczną.
Miasto ogród
Ten dom na Sadybie to był chyba najpiękniejszy dar, jaki ofiarowała mi (nie bez udziału swego męża Witolda) moja macocha, nieświadoma pewnie nawet tego, jak wspaniałym azylem okupacyjnym okazał się on dla mnie, mojej żony i na bardzo krótko dla naszej córki Mary. Pozostawiła mi też w nim jakby cząstkę siebie, swojej macierzyńskiej tkliwości.
„Miasto-ogród” Sadyba miało w okresie okupacji ogromne znaczenie rekreacyjne, ale nie tylko. Byliśmy „metą”, z której chętnie korzystali różni znajomi „spaleni” działacze konspiracji, niemogący już mieszkać pod adresem dotychczasowym, a niemający jeszcze następnego. Takim i nie tylko takim (odwiedzali nas też często znajomi i przyjaciele ze Śródmieścia spragnieni choć przelotnego kontaktu z „łonem natury”), sprzyjała niezwykła gościnność Mery, której nie trzeba było okupacji, by przyrządzała zwijającego się bez zapowiedzi, na przykład o drugiej w nocy, powieść słowami: „O, jak miło, że pan do nas zajrzał! Herbaty czy kawy?”.
Ten dom na Sadybie to był chyba najpiękniejszy dar, jaki ofiarowała mi (nie bez udziału swego męża Witolda) moja macocha, nieświadoma pewnie nawet tego, jak wspaniałym azylem okupacyjnym okazał się on dla mnie, mojej żony i na bardzo krótko dla naszej córki Marty.
Daleka, sielska oaza Sadyby z jej ogrodami, łąkami i jeziorem była wtedy dla mnie zieloną fatamorganą warszawskiej pustyni.
Okupacyjna codzienność życia na Sadybie
Mimo mojej pracy w magistraturze, koncertów żony i skromnych wpływów za pokój sublokatorski nasz standard życiowy się nie podnosił. Mało tego, po to, by stać nas było nadal na luksus kanapki z mlekiem na śniadanie i kłusek na obiad (takie frykasy, jak masło czy mięso, nawet konfitury z rzadkością na naszym stole), jak również na spłatę pożyczki budowlanej ciążącej na domu, trzeba było rozpocząć ciągnącą się przez całą okupację systematyczną wyprzedaż jego wyposażenia. Mało co w nim w końcu zostało, kiedy pocisk artyleryjski w ostatnim dniu powstania położył kres jego (domku) egzystencji, bo w między obiekt trawił spory pocisk.
Wstyd przyznać się, ale roczna chyba praca w Sekcji Nieruchomości Wydziału Inspekcji Handlowej Zarządu Miejskiego m. Warszawy (już nie – stołecznego) była największym okresem mojej próby okupacyjnej. Koło siódmej rano wyruszałem z domu, by dojść do pętli tramwaju, który w owym czasie docierał do klasztoru Bernardynów (później linia została przedłużona do Sadyby) i stamtąd w tramwajowym ścisku jechać na przystanek przy Krakowskim Przedmieściu, skąd już tylko parę kroków dzieliło mnie od gmachu na Kredytowej. Tam się rozpoczynała i kończyła po ośmiu godzinach, czyli o czwartej po południu, moja codzienna mała martyrologia, urzędnicza, martyrologia, przeraźliwej beznadziejnej nudy wydłużającej każdą godzinę w nieskończoność. Wracałem do domu między piątą a szóstą w podobnym ścisku jak rano i tylko strach „urozmaicał” te tramwajowe podróże. Strach, że nagle tramwaj się zatrzyma między przystankami i rozlegnie się wrzask (po którym jechało się już innym pojazdem i w innym kierunku: „Alle rraus!”). Ale jakoś miałem szczęście, gdyż podczas kursów z moim udziałem się nie rozbijał.
Mieszkańcy Sadyby pamiętają. Skwer Starszych Panów
Sadybiański epizod z życia Jeremiego Przybory zainspirował lokalną społeczność starej Sadyby do nadania bezimiennemu dotąd zieleńcowi przy Jodłowej i Goraszewskiej nazwy Skwer Starszych Panów. Plac, przegłosowany przez Radę Warszawy 28 maja 2009 r., znajduje się zaledwie kilkaset metrów od dawnego domu Przybory na ul. Okrężnej.
Pomysł na skwer, powstały w Towarzystwie Społeczno-Kulturalnym Miasto Ogród Sadyba, spotkał się z przychylnym odzewem w różnych środowiskach. Najpierw w grudniu 2008 roku pod wnioskiem do Rady Dzielnicy Mokotów podpisało się kilkudziesięciu mieszkańców Sadyby. Miesiąc później list poparcia wystosowali również artyści. Wśród blisko 40 znanych ludzi estrady, filmu i teatru znaleźli się m.in. Wiesław Michnikowski, Wiesław Gołas, Bogdan Łazuka, Zofia Kucówna, Barbara Wrzesińska, Krystyna Sienkiewicz, Alina Janowska, Joanna Szczepkowska, Magdalena Zawadzka, Wojciech Młynarski, Piotr Fronczewski, Hanna Banaszak, Irena Santor, Grzegorz Turnau, Magda Umer i Marek Kondrat. Swoje poparcie udzielili również członkowie rodzin obu Starszych Panów: żona Jerzego Wasowskiego Maria i syn Grzegorz, oraz syn Jeremiego Przybory - Konstanty (Kot).
Jak zaznaczyli w swoim liście, artyści mieli nadzieję, że "miejsce to będzie tętniło piosenkami i światem wymyślonym przez Starszych Panów, przy okazji różnego rodzaju dorocznych działań artystycznych. Jesteśmy pewni, że znakomicie będzie łączyło pokolenia i "powiększało wyobraźnię" coraz młodszych mieszkańców Warszawy."
Poparcie mieszkańców, artystów i wreszcie kilku sadybiańskich instytucji (wspólnot spółdzielczych i jednostek samorządowych) dla inicjatywy utworzenia Skweru "Starszych Panów" zaowocowało wpisaniem projektu na szybką ścieżkę proceduralną. Towarzystwo Miasto Ogród Sadyba publicznie zaprezentowało swoją propozycję podczas konsultacji społecznych w Dzielnicy Mokotów 6 stycznia 2009, skompletowało i przesłało do urzędu wszystkie wymagane dokumenty w ostatnich dniach stycznia 2009, a już w lutym propozycję tą (pozytywnie) zaopiniowały: Zespół Nazewnictwa Miejskiego oraz Podkomisja ds. Nazewnictwa Ulic Komisji Kultury i Promocji Miasta w Radzie m.st. Warszawy.
Bezimienny skwer na Sadybie miał pierwotnie nosić imię innego artysty
16 marca zebrała się Komisja Samorządowa przy Radzie Dzielnicy Mokotów. Jej pozytywna opinia spowodowała, że Rada Dzielnicy wycofała się z podjętej wcześniej i oprotestowanej przez Towarzystwo uchwały o nazwaniu zieleńca imieniem Stanisława Dygata. Na wniosek Komisji Samorządowej, uchwała o nowej nazwie skweru ("Starszych Panów") została poddana pod głosowanie Rady Dzielnicy Mokotów w dniu 24 marca 2009. Jednogłośnie przyjęli ją wszyscy radni obecni na sali obrad (tj. 19 radnych z 3 reprezentowanych w Radzie klubów: PO, PiS i SLD). Dzięki wsparciu radnych miasta, sprawa skweru trafiła na sesję Rady Warszawy 28 maja 2009.
Muzyczna inauguracja nowego skweru nastąpiła kilka dni później, na dorocznym święcie Sadyby, festiwalu dziedzictwa kulturowego Otwarte Ogrody Sadyba. W sobotę, 6 czerwca 2009, ponad dwudziestoosobowa grupa entuzjastów twórczości Starszych Panów wystawiła spektakl z piosenkami "No i jak tu się nie bać?" na 8 instrumentów i 15 głosów, a następnie zaprosiła publiczność do wspólnego śpiewania kilku utworów ze śpiewników. W niedzielę, 7 czerwca 2009 r., publiczność wysłuchała z kolei koncertu wielkich entuzjastów twórczości Starszych Panów: piosenkarki i reżyserki Magdy Umer oraz znanego pianisty jazzowego Bogdana Hołowni. Konferansjerkę w stylu starszych panów prowadził prof. Andrzej Strzelecki. W koncercie obok znanych artystów wystąpili również amatorzy: chór Studia Wokalnego im. Jerzego Wasowskiego w Warszawie oraz zwycięzca jednego z ogólnopolskich konkursów na interpretację piosenek Jeremiego Przybory, Stacja Kutno. Na widowni zasiedli m.in. honorowi goście koncertu: Kot Przybora z żoną oraz związany z Kabaretem pianista Tadeusz Suchocki z żoną.
Od 2009 roku, twórczość Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego pojawia się na starej Sadybie cyklicznie podczas dorocznego festiwalu Otwarte Ogrody Sadyba w drugi weekend czerwca. Duch Przybory unosi się nad Sadybą również za sprawą jego syna, Kota. Ten znany twórca reklam pracował przez wiele lat na dochodzącej do Skweru Starszych Panów, ulicy Goraszewskiej, w założonej przez siebie i Iwo Zaniewskiego, słynnej polskiej agencji reklamowej, PZL.
